9 września 2016

Green Velo, czyli rowerem przez Polską ścianę Wschodnią

Marzenia się spełniają. Zawsze chciałem zwiedzić wschodnie tereny Rzeczpospolitej. Wiedziałem też, że najlepiej będzie to zrobić na rowerze. Rok temu zaczęło być głośno o Green Velo (a również o Green Failo), także to był kolejny bodziec to podjęcia ostatecznej decyzji. Trzeba tu jeszcze dodać najważniejsze. Mam prawdziwy skarb w postaci Żony, która zechciała pokonać ze mną ponad 900 km. Nie każdemu takie coś się udaje. No i w końcu jesteśmy już po.

W tym wpisie nie będę opisywał po kolei trasy. Ograniczę się do spostrzeżeń i kilku podsumowań.

Dystans

Green Velo - trasa z wakacji
Trasa naszego wyjazdu + łącznik łowicki. Startowaliśmy od Tarnobrzega i jechaliśmy na Białystok.

Profil Trasy
Profil trasy. Łagodniej niż nad morzem w Trójmieście, ale nie myślcie, że było płasko.

Jechaliśmy od Tarnobrzega do Białegostoku. Wyszło ponad 800 km, ale spokojnie można by dodać jeszcze setkę, bo zanim dojechaliśmy na start to dwa dni jeździliśmy po ziemi łowickiej by dostać się na odpowiedni pociąg.

Dzienna liczba kilometrów

Green Velo - trasa i liczba kilometrów
Średnio dziennie pokonywaliśmy około 50-60 km (najmniej 35, najwięcej 75 km). Arytmetycznie wychodzi 47 km, ale kilka dni leniuchowaliśmy. Rekordów i wydłużania dziennych dystansów nie polecamy, ale to już zależy od indywidualnych upodobań. My woleliśmy zjeść i zobaczyć coś więcej niż przednie koło roweru.

Noclegi


2016-08-22_09-11-49
O hamaku marzyliśmy kilka dni. Udało się dopiero w Białowieży.
Nie mieliśmy namiotu, noclegi kombinowaliśmy w agroturystyce. Udawało się prawie zawsze. Ceny w agroturyźmie wahały się od 30 do 50 zł. Standard ich można określić w sumie jako średni minus. Częste były zdezelowane kanapy, kilka razy męczył nas zapach stęchlizny. Trzeba jednak dodać, że nieraz trafialiśmy na przemiłych gospodarzy i świeżutką pościel. Raz nocowaliśmy u zwykłego dobrego człowieka, którym okazała się być Pani Urszula spod Krasnegostawu. Nie chciała pieniędzy, po prostu chętnie nas przyjęła. To samo niemal nas spotkało w Mielniku. W razie gdybyśmy nie znaleźli noclegu, tamtejsza mieszkanka zapraszała nas do siebie. Kto wie, może to by było lepsze niż nocleg w Radziwiłłówce w bardzo marnym standardzie. W sumie mimo wszystko polecamy wziąć namiot.

Mapy

2016-08-16_11-22-38
Od komórki człowiek nie odpoczął. Jak nie mapa to zdjęcie.
Zamiast brać kilkanaście map papierowych zdecydowałem się na mapy w telefonie. Była to aplikacja Locus z mapami offline, które przed wyjazdem można było sobie ściągnąć. Głównie korzystałem z map: LoMaps i OSM - Hike&Bike. Mapy te są bardzo dokładne i jak najbardziej je polecam. Z tego co widziałem to są dużo lepsze niż oficjalne mapy Green Velo w bardzo marnej skali. Dzięki tym mapom nieraz zjeżdżaliśmy w bok by zobaczyć coś ciekawszego niż asfalt pod kołem. 
Miałem również kilka wyrwanych stron z atlasu Polski - takie mapki są dużo lepsze do planowania kolejnego dnia. Używanie komórki z mapą na rowerze jest nawet wygodne. Nie idealne, ale jakoś idzie przeżyć. Problem był jedynie w czasie ulewy, gdzie by zobaczyć najbliższy manewr było trzeba się zatrzymać, nad głową zrobić daszek, wytrzeć ręce i ekran suchą ściereczką, i dopiero później używać telefonu.

Trasa 
Polecam krytyczne podejście do wyznaczonego szlaku Green Velo. My w wielu miejscach go unikaliśmy i dzięki temu zobaczyliśmy Zamość, pałac w Klemensowie/Michalowie, liczne meandry Bugu, cerkiew w Jabłonnej, ciekawą Różankę, malownicze Stawki, kopalnię kredy w Mielniku, niebieską cerkiew w Kleszczelach, Białowieżę, Kruszyniany. Sporo, nie? 
Szlak jak na polskie warunki jest świetny. Ale jeśli porównamy jakość ścieżek Green Velo do duńskiego Bornholmu to będzie to dramat. Dlatego warto poczytać i przygotować plan jakie odcinki warto omijać, a jakie wręcz przeciwnie.

Jedzenie
Tak w skrócie to im dalej na północ tym lepsze. Tak się trafiło przynajmniej nam. Postawiliśmy na wygodę i jedliśmy w restauracjach, nie specjalnie licząc się z kosztami. W końcu to wakacje! Spróbowaliśmy między innymi: pierekaczewnika, solianki, dziczyzny, katłamy, kryszonki, kartaczy, piroga biłgorajskiego, kołdunów. Koszty obiadów wahały się miedzy 35 zł a 90 zł na dwie osoby. Staraliśmy się unikać pizz i kababów i w pełnie się to nam udało. Ale nie było łatwo. W Krasnymstawie i Chełmie miejscowi na obiad polecali nam właśnie bary serwujące takie właśnie dania. W takim wypadku trzeba było szukać na mapie restauracji i odjechać gdzieś na bok. Podobnie było w Janowie Podlaskim. Tam mieszkańcy otwarcie mówili, że u nich nie ma żadnego miejsca gdzie można zjeść cokolwiek. Te dopiero jest we wsi Wygoda przy sławnej stadninie koni. Miejscem bez żadnego baru i restauracji okazała się być wieś Siemianówka. Jedynie tam zadowolić musieliśmy się suchym prowiantem z lokalnego GS.
W sumie po zrobieniu tych 900 kilometrów bilans naszej wagi wyszedł +1,3, także na Green Velo da się dobrze zjeść.

Religia
2016-08-19_10-08-57
Odpust na Grabarce
Trasa wzdłuż Bugu to taka międzyreligijna pielgrzymka. Nam nieraz się to kojarzyło z Camino de Santiago, mimo że szlaki Green Velo i szlak św. Jakuba spotykały się jedynie w Tarnobrzegu. W trakcie naszej wycieczki nocowaliśmy u katolików, świadków jehowy, prawosławnych i baptystów. Brakuje tylko muzułmanów, ale było całkiem blisko. Niestety w Tatarskiej Jurcie w Kruszynianach zabrakło już miejsc. Rozmawialiśmy z gospodarzami i z wszystkich tych rozmów wychodzi nam wspólny mianownik. Była to solidarna pomoc i życzliwość wobec drugiego człowieka. Jedni powoływali się na Boga inni na pomoc i życzliwość względem drugiego człowieka. Inni mówili by zapewne o łucie szczęścia i układzie gwiazd.
Po drodze mijaliśmy świątynie różnych obrządków. Cerkwie zaczęły się dopiero nad Bugiem. W Chełmie i Hannie (taka jest nazwa wsi) zaczęły się cerkwie grekokatolickie. W Kostomłotach od proboszcza dopiero dowiedziałem się, że całe te tereny wschodniej Polski były kiedyś grekokatolickie a dopiero zabory zlikwidowały to wyznanie zmuszając wiernych do przejścia na prawosławie. Stąd większość cerkwi mijanych po drodze to cerkwie pounickie, obecnie prawosławne.
Widzieliśmy przysłowiowego batiuszkę jadącego na rowerze. W kościele katolickim obrządku wschodniego usłyszeliśmy szczere: "lepiej mieć zwierzchnika papieża, niż Władymira Władymirowicza".
Trafiliśmy też na święto nad świętami na Grabarce. Byliśmy tam w sam odpust, w tłumie wiernych, niedaleko samego metropolity Sawy oraz Jana X. 

Rower i bagaż
2016-08-17_16-03-45
Kilka razy zdarzyło się tak, że rowery mokły a my jedliśmy.
Trasa Green Velo jest niekonsekwentna i raz prowadzi po drodze krajowej bez żadnej wydzielonej ścieżki rowerowej, a innym razem po drodze leśnej. Najgorsze są jednak piaskowe szutry po których jedzie się jak po tarce. Dlatego mimo wszystko na taką "wyprawę" najlepszy będzie rower górski z szeroką oponą. My mieliśmy rowery trekingowe-niemal-miejskie i daliśmy radę. Wszelkie kolarzówki na Green Velo odpadają.
Jeśli chodzi o bagaż to wszystko pakowaliśmy w 4 sakwy i jeden plecak. Czerwone sakwy Crosso (po 30 litrów) i żółte małe Ortlieby (po 12,5 litra) sprawdziły się bo nie przemokły. Tyle w zasadzie można o nich powiedzieć. Bez nich ani rusz. Jechało się równo i  bezproblemowo. Przy takim obciążeniu problemem były tylko wszelkie manewry. Parkowanie takim obładowanym rowerem przypomina nieco parkowanie długiego TIRa. 

PKP
2016-08-07_15-28-54
Do pociągu najtrudniej było kupić bilet, na drugim miejscu go wnieść do środka. Samo zawieszanie rowerów i jazda to już przyjemność, zwłaszcza jeśli ktoś pamięta lata 90. XX wieku.
Z rowerami podróżowaliśmy trzema pociągami. W pierwszym było 6 wieszaków rowerowych w drugim jedynie 4, a w trzecim aż 9. Najciężej oczywiście było wnieść rower z sakwami na peron i potem do pociągu. Ciężko jest też z dostępnością biletów. My mimo dwutygodniowego wyprzedzenia nie mogliśmy dostać biletów z Gdańska do Tarnobrzega i musieliśmy podzielić podróż na dwa etapy Gdańsk-Kutno i Łowicz-Tarnobrzeg. Ale, jeśli ktoś nie pamięta, to i tak teraz jest o niebo lepiej niż 10 i 20 lat temu.

Pięknie bo aktywnie
2016-08-12_18-58-44
Widoki na trasie. Jakbym miał wybrać ten jeden, który jakoś mi się wybija na czoło, to był to zalew w Nieliszu na Wieprzy.
W sumie były to niezapomniane przeżycia. Na rowerze nie mogło być zresztą inaczej. Liczba zobaczonych miejsc przytłacza, że nie sposób to wszystko spójnie opowiedzieć. Pozostaje mi liczyć na to, że liczba rowerzystów będzie rosła z roku na rok. Wówczas pojawią się kolejne i coraz lepiej zagospodarowane szlaki. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Za każdy komentarz dziękuję.

.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...