Ostatnio "zwiedzam":

2 września 2014

Idzie Kuba do Jakuba - czyli na drodze do św. Jakuba

W Trójmieście mamy dwa kościółki pod wezwaniem św. Jakuba. Jeden w Gdańsku (czyli w Śródmieściu), a drugi w Oliwie. Łączy je oznakowany żółtymi muszelkami szlak. Jest to nasz pomorski fragment najbardziej znanego szlaku pielgrzymiego w Europie. Ten szlak wiedzie do grobu św. Jakuba w Santiago de Compostela w Hiszpanii. 

Warto przejść, a raczej przejechać, nasz gdański odcinek sławnego "Camino de Santiago". Oba kościółki to małe świątynie położone w dwóch różnych miejscach. Pierwszy na dawnych przedmieściach centrum, drugi w cysterskiej Oliwie. Pierwszy związany był z marynarzami, drugi z mieszkańcami Oliwy.
Kościół św. Jakuba w Gdańsku

A jeszcze bardziej polecam odwiedziny grobu św. Jakuba. To już większa wyprawa, ale idziemy za tymi samymi strzałkami. Wystarczy spojrzeć na tablicę przed oliwskim Jakubkiem.

Św. Jakub w Oliwie
Ta biała tablica ustawiona za płotem przedstawia nam czym jest Camino de Santiago (droga do Jakuba ). Święty Jakub został ścięty w Jerozolimie w 44 roku, a jego ciało (bez głowy) wykradziono i przetransportowano do Hiszpanii. Źródła pisane się nie zachowały, ale tradycja szacunku i czczenia relikwii w nowym miejscu była żywa. Przetrwała lata ekspansji Arabów. W IX wieku ponownie odnaleziono relikwie apostoła. Wówczas oficjalnie uznano, że w hiszpańskiej Galicji znajdują się relikwie św. Jakuba. Zaczęto wówczas budowę kościoła, a w miejsce to zaczęli ściągać wierni z okolic. Liczba wiernych rosła. Pielgrzymi wyruszali z domów i w sobie wiadomych intencjach przemierzali setki, a nie raz i tysiące kilometrów. 

Wieki minęły, a szlak jakubowy nadal ściąga rzesze pielgrzymów. Wśród pielgrzymów byli m.in. Karol Wielki, św. Franciszek z Asyżu, św. Ignacy Loyola, nasz gdański Jan Dantyszek, Jakub Sobieski - ojciec króla, papież Jan XXIII. Ciekawe kto jeszcze ze sławnych przeszedł tę ciężką drogę?

Tyle ogółów. Przejdźmy do naszego skromnego świadectwa z przejścia tą drogą. Szliśmy następującą trasą:

W sumie przeszliśmy około 400 km z czego 260 km do samego Santiago.
Polecamy przejście całego odcinka od granicy z Francją. My mieliśmy tylko 2,5 tygodnia, dlatego ograniczyliśmy się do powyższego odcinka.

Zamiast relacji, niech to będzie opis wybranych haseł:


Kościoły:
Murias de Rechivaldo - kościół zamknięty na trzy spusty, służy dziś bardziej jako miejsce gdzie można powiesić ogłoszenia
Rabanal del Camino - jedna z ładniejszych 'kamiennych' wsi
La Portela - typowy, skromny kościółek

Kościoły w Leonie i Galicji to zupełnie inna architektura od naszej. Wszystko z kamienia, a zamiast wieży budowano pojedynczą ścianę z otworem na dzwon. Wnętrza najczęściej bardzo skromne. Na naszej trasie mijaliśmy dziesiątki takich kościołów. Jeśli się dało to uczestniczyliśmy we mszy świętej. Tu niestety trzeba zaznaczyć, że jest to spora trudność . Mimo niedzieli kościoły były pozamykane, a msze odprawia się tam tylko raz dziennie. Nam udało się to w następujących miejscowościach Villafranca del Bierzo, Ponferada, Samos, Sarria, Santiago de Compostela, Muxia. Trzy msze trwały mniej niż 20 minut, także nie wiemy czy czy się czasem nie spóźniliśmy. Kilka razy udało się pomodlić w kościółku z innymi pielgrzymami (Foncebadon, La Faba, Monte de Gozo). 

Wsie:
Riego - kamienna wieś przed Ponferadą

Takich widoków było mnóstwo. Któraś z wsi przed Samos.

Krowy było widać i przede wszystkim czuć

Olveiroa - wieś w drodze nad ocean. W spichlerzach na zdjęciu było schronisko municypialne.

Typowe widoki podczas przechodzenia przed galicyjskie wsie. Swojski bałaganik.
Wsie w prowincji Leon i Galicja to prawdziwa Hiszpania. To wielka wartość jakubowej drogi. Szliśmy przez zwykłe wsie w których ludzie normalnie żyli. Gospodarze szli na pole, babuleńki w fartuchach rozmawiały ze sobą na ulicach. Ludzie nas pozdrawiali życząc dobrej drogi. Psy leżały i czekały aż się ochłodzi. Często mijaliśmy rude krowy oraz bałaganiarskie gospodarstwa tamtejszych rolników. Często (i to bardzo) śmierdziało gnojem.  W Galicji zadziwiały nas spichlerze (horreos) przed każdym niemal gospodarstwem - nam bardziej przypominały one smukłe grobowce na cmentarzach. 

Góry:
Widoki za Foncebadon
Widoki za Foncebadon
Winnice przed Villafranca del Bierzo
Mgły na granicy Leonu i Galicji.

Do Santiago szliśmy z Astorgi. Te kilkanaście dni wędrowania to ciągłe pagórki. Nie było ani jednego dnia  z drogą płaską jak stół. Nasze pierwsze dni to piękne góry i niesamowite widoki. Ale trasa nie była zbyt ciężka. Podejścia i zejścia były dość łagodne. Dla kogoś kto chodził z plecakiem po Bieszczadach, czy Beskidach - łatwizna ;) W Galicji miało zacząć robić się płasko, ale tak nie było. Widoki były może mniej spektakularne (coraz bardziej beskidzkie), ale trasa cały czas była pagórkowata. 

Pielgrzymi:

Im bliżej Santiago tym ich więcej. 

Jak usłyszeliśmy od "Gabrysi" z Ekwadoru, na Camino można uwierzyć w dobroć i solidarność ludzi. Pamiętam napis pod mostem w Galicji:
"Wyobraź sobie, że na Camino idą wszyscy przywódcy państw. Mielibyśmy miesiąc pokoju na świecie!". 
I tak właśnie jest. Wszyscy są tu równi. Wszyscy idą w jedną stronę krok za krokiem. W schroniskach wszystkie smartphony ładują się obok siebie, nikt nie trzyma kurczowo pieniędzy z obawy przed drugim człowiekiem. Na noclegu w Barbadelo spaliśmy w pokoju z grupą anglojęzyczną przy otwartych drzwiach pokoju. Na wierzchu były portfele, tablety, smartphony. Dlatego niektórzy chodzą tym szlakiem co roku. To niezwykły widok - tysiące życzliwych ludzi idących w jedną stronę. 
Każdy ma swoje tempo. Nikogo się nie czepiamy, nieraz rozmawiamy z kimś na szlaku, ale co postój grupki się rozpadają. Z częścią spotkamy się na noclegu w alberdze. Tam można będzie porozmawiać. Codziennie zastanawialiśmy się kogo spotkamy wieczorem. Czy będą to "Nasze Panie Amerykanki", czy nasz "Pirat z żoną" czy Gary i Linda z Australii? 
Około połowy pielgrzymów to byli Hiszpanie. Dużo wśród nich było studentów. Polaków spotkaliśmy około 30. Dużo było Amerykanów. Podziwiamy ich za nieustanną pogodę ducha. Wielu było Włochów. Poznaliśmy również 4 Czechów, Francuza z Ekwadorką, Australijczyków, Łotyszkę. 

Upał:
Źle znosiłem upały, ale dobrze znosiło je nasze pranie.
Strzałki były wszędzie.
Mnie dawał się we znaki, ale źle znoszę takie dawki słońca. Wybrałem wariant muzułmański, czyli broniłem się przed słońcem długimi spodniami i koszulą. Żona radziła sobie świetnie i pogoda nie sprawiała jej trudności. Pogoda sprawia, że rytm typowego dnia pielgrzymki był bardzo dziwny. Pobudka ok 6 rano. Jeśli zrobiliśmy zakupy to jemy śniadanie. W drogę wyruszamy gdy na zewnątrz jest jeszcze ciemno. Jeśli nie mamy zakupów to w pierwszej wiosce zatrzymujemy się w barze na marne hiszpańskie śniadanie. Potem idziemy, idziemy, idziemy. Około 12-14 warto już rozglądać się za noclegiem w bogatej sieci schronisk (alberg). Wówczas jak automaty myjemy się, potem robimy pranie, wieszamy je i idziemy coś zjeść do baru. Potem odpoczywamy, rozmawiamy z towarzyszami drogi i czekamy aż pranie wyschnie. O godzinie 22 wszyscy grzecznie śpią (!).

Cel:
W oddali urna ze szczątkami św. Jakuba.

Ostatnie kroki pielgrzymki wiodą do grobu św. Jakuba.

W tle katedra, a przed nią my z dowodem przebycia drogi.

Msza dla pielgrzymów w Santiago de Compostela - tu nas okadzono w wyjątkowy sposób.


Celem naszej pielgrzymki było Santiago de Compostela - katedra i grób św. Jakuba. Ten wyjątkowy dzień warto dobrze zaplanować. Plecaki zostawiliśmy w Monte de Gozo (polskim schronisku) i skoro świt udaliśmy się do katery. Byliśmy tam przed 9 i mieliśmy czas na spokojną modlitwę przy samiuśkim grobie św. Jakuba. Bez żadnych kolejek, błysków aparatów. O 9.30 w kaplicy katedralnej była msza po polsku (było nas tam prawie 30 osób - to bardzo dużo jak na msze w innych kaplicach w innych językach). Później mieliśmy czas na zwiedzanie katedry i załatwienie formalności (tzw. kompostelka). Kompostelka to dokument, który zaświadcza, że pokonaliśmy ponad 100 km drogi do grobu św. Jakuba. Dla nas to może formalność, ale wielu to jest właśnie celem. O godzinie 12 uczestniczyliśmy w kolejnej mszy dla wszystkich pielgrzymów. W kościele widzieliśmy wykończonych pielgrzymów usypiających na kazaniu :) Wielu z nich spotykaliśmy wcześniej na szlaku. 

Albergi:
Negreira - ładnie położone schronisko municypialne. Trafiliśmy na ostatni tylko 4-osobowy pokój.

Olveiroa - typowe schronisko, czyli w jednym pomieszczeniu upchnięto największą możliwą liczbę łóżek piętrowych.

Klimatyczne, ale skromniutkie schronisko w klasztorze w Samos. 

Schronisko około godziny 8 rano - już puste, wszyscy poszli dalej.

90% nocy spędziliśmy na łóżkach piętrowych. Dobrze gdy miały one jednorazowe prześcieradła. 

Każde schronisko to pralnia. Tu było wygodnie bo pranie można było powiesić na balkonie.

To niesamowite jak sprawnie działa system schronisk dla pielgrzymów. Otwierane są one około 13 i prowadzone najczęściej przez kilka osób. Wystarczy jedna sala gdzie wstawia się łóżka piętrowe, druga sala gdzie można usiąść by coś zjeść i łazienki z prysznicami. Do tego zlew z tarką (albo kilka plastikowych misek) by wyprać ubrania i mamy gotową albergę. Pielgrzymi to wspaniali "goście hotelowi". Przewidywalni jak mało kto. Chcą tylko mieć miejsce do spania , warunki do umycia się i miejsce gdzie mogą wyprać i wysuszyć rzeczy. Z tego co zauważyliśmy Camino staje się pomału produktem turystycznym i dlatego coraz łatwiej znaleźć albergi z oddzielnymi pokojami, z pralnią, suszarnią. Byliśmy nawet raz w alberdze z basenem.
Najmilej wspominamy skromne albergi prowadzone przez wolontariuszy (Foncebadon, Leboreiro). Ugoszczono nas tam prawdziwie "po chrześcijańsku". Nocleg i wspólny posiłek za co łaska (donativo). A obfitość jedzenia w Leboreiro sama otwierała i serca i portfele. W Leboreiro mieliśmy nawet najprawdziwszą pościel na łóżkach (pielgrzymkowy luksus). Miło przyjmowano nas też w Ponferadzie, Samos i Monte do Gozo (polska alberga) - gdzie nocleg kosztował nas "co łaska". W wymienionych albergach było może bardziej pierwotnie, warunki były często spartańskie (Samos), ale atmosfera była dużo bardziej "ludzka" niż w prywatnych albergach nastawionych tylko na zysk. 

Jedzenie:
Tu zamówiłem coś czego nie rozumiałem w menu. W efekcie jadłem langusty.

Typowe śniadanie (tosty to jedyna opcja zjedzenia rano czegoś ciepłego). Tu wyjątkowo duży kubek herbaty. 

Dla wielkiej liczby pielgrzymów na szlaku powstało mnóstwo miejsc gdzie można zjeść. Skoro świt serwowane są śniadania (desajuno). Niestety, miłośnicy ciepłych posiłków będą zawiedzeni. Standard to sucha bułka z kiełbasą (bez masła!) lub tosty z dżemem. Na jajecznicę albo zupę nie ma co liczyć. Herbata podawana jest w naczynku przypominającym nasz dzbanek do mleka - jak dla mnie było to trochę za mało. Oczywiście jak wszędzie poruszałem się z termosem i w każdym barze prosiłem o wrzątek (ze dwa razy wlano mi ciepłą wody...). Miłośnicy kawy mają lepiej - tę serwowano wszędzie.
Po wędrówce pora zjeść obiad - tu standardową opcją jest "Menu de Pelegrino" - czyli obfity zestaw obiadowy. Składał się on z trzech posiłków: 1. surówki lub zupki, 2. dania głównego z frytkami, 3. deseru. Do tego czasami gratis dawano coś do picia (herbata/woda/wino). Wszystko za 9 euro. Żona nieraz zamawiała tylko drugie danie. 
Bary gdzie można coś zjeść były średnio co 5 km. Na prawdę rzadko trzeba było robić zapasy. Dzisiejszy pielgrzym ma dużo łatwiej niż kiedyś. Możliwe jest nawet wygodne, spacerowe tempo marszu połączone z całkowitą rekreacją po południu (jedzenie+piwko+winko, w tym czasie pralka pierze a suszarnia suszy ubrania).

Ocean:
Wybrzeże w Muxii. Kościółek na cyplu półwyspu. Plaża znajduje się po strony zatoki.

Plaża w Fisterze. Ocean budził tu respekt.

Większość spotykanych przez nas pielgrzymów kontynuowało drogę i z Santiago szli dalej nad ocean (3 dni drogi). Kiedyś wierni szli tam by na plaży znaleźć charakterystyczną dużą muszlę. Ta stanowiła dowód odbytej pielgrzymki. Do wyboru mamy dwa szlaki: 1. do Fisterry (=Finisterry, "końca świata") i 2. do Muxii. My wybraliśmy tę drugą i jesteśmy z tego zadowoleni. Muxia jest znacznie spokojniejszą miejscowością od Fisterry. Można tam odpocząć. Fisterra to takie tandetne, gwarne miasteczko na pięknym półwyspie. Fisterra ma jednak niezwykłą, groźną i robiącą wrażenie plażę nad oceanem. W Muxii ocean wydawał się nam bardzo grzeczny.

Iść czy nie iść?
Pewnie, że iść! To bardzo bezpieczna forma pielgrzymki. Co kilka kilometrów są schroniska, trasa nie należy do ekstremalnych. Najtrudniej jest dotrzeć do miejsca startu, cała reszta to przyjemność.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Za każdy komentarz dziękuję.

.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...