Ostatnio "zwiedzam":

30 czerwca 2017

Jak Szwed może znosić jazdę na rowerze w Polsce?

Byliśmy na jednodniowej wycieczce do szwedzkiej Karlskrony. Zdjęcia można zobaczyć w galerii (link). Po przypłynięciu do Gdyni z portu do Oliwy jechaliśmy rowerem. Jak było? My przeżyliśmy, ale taki Szwed, który chce zwiedzić Trójmiasto na rowerze może przeżyć mały szok. Dlaczego?

1. Miłe złego początki, czyli odcinek na ul. Janka Wiśniewskiego wyłożony ładnym, nowym czerwonym asfaltem. Pomyślałem: "Dobrze, że chociaż tu jest taka droga rowerowa bo tacy Szwedzi byli by załamani...".

Ten kawałek robi dobre pierwsze wrażenie!

2. Dalej za pierwszym wiaduktem światła i myśl: "Halo!, My w Karlskronie chyba w ogóle nie staliśmy na żadnych światłach!". Wiem, że nie ma tu co krytykować Gdyni całkowicie. Inna jest skala miasta (ok. 250 tyś do 30 tyś), ale fakt faktem w Karlskronie ani razu nie staliśmy na światłach.

3. Koło przystanku SKM myśleliśmy o skorzystaniu z pociągu, ale... wizja wdrapywania się z ciężkim rowerem do góry wygrała z nami i postanowiliśmy jechać na dwóch kółkach. Przypomniał nam się Łowicz.

Przystanek SKM-Stocznia przypomniał nam wspinaczkę z ciężarami w Łowiczu. Ta sama technologia.

4. Dalej było równie głośno jak w Karlskronie. Tak, tak w Karlskronie na drodze przez Verkö jest naprawdę głośno. Jak nie w Skandynawii. Tam jedziemy jednak odseparowaną za pomocą krawężników asfaltową, gładką niemal jak stół drogą. U nas jedziemy po płytkach chodnikowych, bez żadnej separacji.

Gdynia - ul. Janka Wiśniewskiego. Po lewej wyprzedzające się samochody. Za kilkaset metrów teoretycznie powinniśmy jadąc rowerem jechać tą jezdnią.
A tak to wygląda w Szwecji. Karlskrona - droga z portu do centrum miasta. 
5. Po kilkuset metrach droga rowerowa się skończyła. Możliwości zmiany drogi nie było. Świadomie, niestety łamaliśmy przepisy i jechaliśmy po chodniku. Zgodnie z przepisami powinniśmy jechać jezdnią. Z sakwami wśród tirów byłoby to niestety co najmniej niekomfortowe.

Według oznakowania, dalej rowerem powinniśmy jechać jezdnią.

6. Dojechaliśmy do centrum jak w szalonych latach 90. tj. tu chodnikiem, tu ścieżką, a tu kawałek drogą. Na ulicy 3 Maja jechaliśmy przykładnie zgodnie z kierunkiem jazdy aut, po lewej widząc kontrapas rowerowy. Po kilkuset metrach usłyszeliśmy klakson wkurzonego kierowcy (nie na nas, ale na jadącego za nami rowerzystę), któremu nie pasowało, że nie jedziemy po "ścieżce rowerowej". Trąbienie i pouczanie kogoś, kto chciałby byśmy jechali pod prąd... taka jest nasza rzeczywistość.

Droga jednokierunkowa dla aut. Dwukierunkowa dla rowerów: W dół pedałujemy po wyznaczonym kontrapasie, w górę razem z samochodami. Niektórzy tego nie rozumieją...

7. Jazda przez Gdynię, mimo, że jest lepiej niż 10 lat temu to wciąż jazda po serze szwajcarskim. Niby jest, ale pełno w nim dziur. Drogi rowerowej zabrakło i w Redłowie i Orłowie.

8. Przejeżdżając koło węzła Św. Maksymiliana zaczęło się wywijanie i esowanie jakbyśmy jechali krętą serpentyną. Zakręt za zakrętem, do tego przeskoki przez drogę. I tak aż do domu. W małej Karlskronie takich dziwactw nie było. Droga rowerowa najczęściej była asfaltowym, szerokim chodnikiem z krawężnikiem oddzielającym ją od jezdni. U nas inżynierowie poszaleli i zafundowali nam slalom gigant co skrzyżowanie.

9. Podczas przeprawy promowej z mojego roweru odpadł dzwonek rowerowy. Jedną z pierwszych czynności po powrocie do kraju było zakupienie nowego dzwonka. U nas się on przydaje! Co rusz mamy jakieś wymuszenia, blokowanie drogi rowerowej przy zakręcie. W Karlskronie takiej potrzeby nie zauważyłem. Tam kierowcy zwracają uwagę na rowerzystów. U nas jest z tym coraz lepiej.

Podsumowując powrót do Polski to taki przykry spadek o jeden poziom cywilizacji. Dla Szweda chcącego zwiedzić Trójmiasto na rowerze, może się on okazać przykry.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Za każdy komentarz dziękuję.

.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...